Rodzina pierwszą szkołą wiary. Luty 2009
czwartek, 12-02-2009 | autor: Ks. Bp Stanisław Stefanek | Artykuły w Różańcu
Pragnę przedstawić rodzinę, która – zjednoczona miłością i wiarą – jest fundamentem autentycznego rozwoju wszystkich wartości ludzkich i chrześcijańskich, fundamentem integralnego rozwoju osoby ludzkiej.
Rodzina jest pierwszym otoczeniem, które dociera do mnie z wiadomością o Bogu i o zbawieniu, jakie Chrystus przyniósł na świat. Co znaczy uczyć wiary? To znaczy uczyć prawd wiary, uczyć katechizmu. Ostatecznym i jedynym Słowem jest Jezus Chrystus, w Nim jest pełnia. Uczyć więc wiary to znaczy uczyć spotkać Chrystusa, prowadzić na spotkanie z Chrystusem. Dlaczego rodzina jest szkołą? Bo ma największe szanse, ażeby nauczyć elementarza spotkań. Dziecko uczy się swoich rodziców – mówimy: ono już rozróżnia tatę i mamę. Poznaję przez kontakt fizyczny ich bliskość, zwłaszcza matki. Ono „wchłania” osoby, a potem uczy się coraz bardziej świadomie, aż dochodzi do tych relacji, które możemy nazwać: miłuje, kocha, szanuję, podziwia, zaprzyjaźnia się. Treści te przenoszą się z serca do serca nie tylko za pośrednictwem słów. I dlatego potrzebna jest ta elementarna szkoła. Spotkać Chrystusa, zaprowadzić do Chrystusa, wchłonąć osobę Chrystusa. W ten sposób od pierwszych momentów życia – najpierw podświadomego, a potem świadomego – dziecko przez rodzinę i domową atmosferę może otrzymać dar wiary. Uczyć wiary to znaczy uczyć Chrystusa.
Rodzina buduje Kościół
Chrystus założył Kościół i polecił uczniom: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego; uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem!” (Mt 18,19). Głosić Chrystusa, uczyć się Chrystusa to znaczy wejść do Kościoła. Nauczanie jest włączone w budowanie Kościoła. Rodzina jest Kościołem domowym, rzeczywistym Kościołem. W oparciu o sakrament małżeństwa osoby ochrzczone tworzą komunię osób. Kościół pomaga rodzinie, ale równocześnie rodzina, wprowadzając dziecko w tajemnice zażyłej przyjaźni z Chrystusem, buduje Kościół. To jest ta wzajemna usługa: wiara wprowadza w Kościół. Podkreślam to bardzo mocno dlatego że pojawiają się takie poglądy, według których należy odłączyć wiarę od Kościoła, potraktować wiarę jako pewnego rodzaju pogląd na świat. Jest próba uczenia Ewangelii poza Kościołem, nawet dziesięciorga przykazań, nawet modlitwy. Ileż jest różnych „podróbek” życia religijnego właśnie w tych rozmaitych ćwiczeniach poza Kościołem, np. wschodnie medytacje, psychotreningi. Słowo „podróbka” chciałbym szczególnie podkreślić, bo funkcjonuje w życiu codziennym. Otóż można „udawać” życie religijne albo nawet być przekonanym o tym, że jestem religijny, bo mam potrzebę odniesienia się do jakiegoś absolutu, potrafię wypowiadać słowa modlitwy, ale – jeżeli nie jestem we wspólnocie Kościoła – te wszystkie pojęcia są niezwykle ulotne, bo nie jest to wkomponowane w rzeczywistość osoby Jezusa Chrystusa. Rodzina, która jest nauczycielką wiary, przekazuje dziedzictwo wiary, może tworzyć całe pokolenia ludzi, którzy żyją w głębokiej przyjaźni z Bogiem. Przykładem jest rodzina św. Teresy z Lisieux. Niedawno przeżywaliśmy beatyfikację jej rodziców – mamy tu dwa pokolenia świętych.
Laickość kontra wiara
Ojciec Święty Benedykt XVI, gdy zapowiadał Światowe Spotkanie Rodzin w Meksyku, stwierdził: „Dostrzega się często rozdźwięk między tym, co deklaruje się jako wiarę, a konkretnym sposobem życia i zachowania”. Ów rozdźwięk między czynem a słowem zachodzi wtedy, gdy jedno z rodziców mówi: „Idź do kościoła” – a samo zostaje w domu. Dziecko idzie do kościoła, wykonując polecenie, ale nie ma w jego sercu otwarcia na spotkanie z Bogiem. W tym kontekście bardzo trudne jest wychowanie dzieci do życia religijnego w małżeństwach niesakramentalnych. Mam tu na myśli szczególnie udział w Eucharystii, udział we wszystkich sakramentach świętych. Albo jakże częste zjawisko: świecki styl życia. Poza Kościołem nie mówi się o Panu Bogu, nie motywuje się czynów Bogiem, nie odnosi się w żaden sposób do wydarzeń z życia Kościoła. Już nie powiem o krytycznym spojrzeniu na Kościół, na życie wierzących. Mamy pod tym względem niezwykłą łatwość, bo współczesność podsuwa nam wiele pomysłów. Chociażby atak na Kościół płynący z Parlamentu Europejskiego. Można by powiedzieć: parlament uchwalił, że wiara chrześcijańska jest źródłem agresji, ograniczenia, pozbawienia ludzi praw, pozbawienia wolności. To jest przykład tego rozdźwięku: laickość kontra wiara. Bywa tak, że rodzice ulegają takiemu naciskowi bezmyślnie, bo nie przeprowadzają głębszej refleksji, nie mają własnych doświadczeń. Najczęściej są to doświadczenia z grillowania, z pikników, ze spotkań przy piwie. Jest to narzucona niechęć do Kościoła bez poważniejszych argumentów. Potrzebna jest poszerzona rodzina: dziadkowie, krewni, chrzestni. Najczęściej przychodzimy na Pierwszą Komunię Świętą lub spotkanie rodzinne z prezentami. Oto chrzestna niesie prezent, babcia niesie prezent... A czy nie trzeba „przynieść chrztu świętego od nowa”? Może ta rodzina: syn, córka, zupełnie nieporadnie, nie potrafią powiedzieć dwóch słów o Panu Bogu, a może babcia czy ciocia to potrafi? Ważne jest, by stworzyć atmosferę wspierającą tę dysfunkcyjną, zeświecczoną rodzinę.
Atmosfera przychylna Bogu
Trzeba starać się przekazać wiarę, przeżywając osobiście spotkanie z Bogiem w nastroju entuzjazmu. Liturgia domowa, szereg rozmaitych okoliczności pomagają nam w stworzeniu entuzjazmu, radości, pokoju. Zbliżają się np. osiemnaste urodziny syna, córki i co wtedy robią rodzice? Oczywiście, cieszą się, że dziecko dorasta. Ale jakie jest program tej osiemnastki? Spotkanie koleżeńskie... A nawet organizowane przyjęcia w restauracjach. Rodzice potracili głowy, wydają wielkie sumy, dziecko stroi się, zwłaszcza dziewczęta. Młodzi wolą wolną „chatę”, a dorosłych wypychają do kina albo do znajomych, „bo my po swojemu bawimy się na osiemnastce”. A zatem kim jest ojciec, kim jest matka w tym dniu dla osiemnastolatka? Może właśnie rodzice byliby wypełnieniem towarzystwa, ubogaceniem, również pokoleniowym? Widocznie coś w tej zabawie jest nie tak, skoro „starzy” przeszkadzają. Otóż my do Pana Boga podchodzimy podobnie. Traktujemy go jako tych „starych”, jak kogoś, kto przyszedł, ażeby dozorować moje życie. A przecież Bóg jest moim Przyjacielem, który czeka na spotkanie. Zadaniem rodziny jest wychować człowieka do spotkania z Bogiem w atmosferze entuzjazmu, radości, świadomości, że Bóg jest ze mną, że Chrystus jest światłem. Trzeba stworzyć atmosferę przychylną Panu Bogu właśnie w relacjach rodzinnych.
bp. Stanisław Stefanek TChr
Tekst pochodzi z miesięcznika „Różaniec” luty 2009 (Dział: Wiara i życie; str. 22-23)